BOSKA !

27 kwietnia 2007

Przekład: Elżbieta Woźiak
Reżyseria:
Andrzej Domalik
Scenografia:
Dorota Kołodyńska
Wykonawcy:
Krystyna Janda, Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski, Anna Iberszer, Krystyna Tkacz, Ewa Telega
Producent wykonawczy:
Rafał Rossa
Kostiumy:
Dorota Kołodyńska
Asystent scenografa:
Małgorzata Domańska
Przygotowanie wokalne:
Aldona Krasucka
Premiera:
27 kwietnia 2007 r.

Komedia. Tekst oparty na historii życia FLORENCE FOSTER JENKINS, słynnej postaci ze świata opery, najgorszej śpiewaczki świata. Pieśni w tej sztuce powinny być śpiewane na żywo. Aktorka nie musi naśladować głosu pani Jenkins, powinna śpiewać źle, w swoim własnym stylu.

Międzynarodowy hit teatralny.

Akcja sztuki rozgrywa się w Nowym Yorku w roku 1944.

Ludzie mogą mówić, że nie umiem śpiewać, ale nikt nigdy nie powie, że nie śpiewałam.
* Florence Foster Jenkins

 

http://www.sonybmg.ch

http://www.brumm.com/cards/flojenkins.html

http://listproc.ucdavis.edu/archives/mlist/log0402/0004.html

http://www.bassocantante.com/opera/curiosity.html

 

Recenzje:

Boska Janda

"Boska!" w reż. Andrzeja Domalika w w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze A.K. [Aneta Kyzioł] w Polityce.

«Wydaje się, że na taki właśnie spektakl czekała wierna publiczność Krystyny Jandy, fani jej legendarnych monodramów: "Shirley Valentine" czy "Maria Callas". Wyreżyserowana przez Andrzeja Domalika w Teatrze Polonia.

"Boska!" Petera Quiltera to sztuka lekka, świetnie napisana, z doskonałymi proporcjami scen zabawnych i wzruszających, pozwalająca aktorce grającej główną rolę w pełni rozwinąć skrzydła. Jej bohaterką jest postać autentyczna, Amerykanka Florence Foster Jenkins, najgorsza śpiewaczka operowa świata, osoba pozbawiona talentu, ale zupełnie tego faktu nie przyjmująca do wiadomości, do tego uparta i na tyle bogata, by nagrywać i organizować sobie recitale. Staje się w końcu postacią kultową. Zarówno grająca główną rolę Krystyna Janda, jak i towarzyszący jej na scenie jako młody akompaniator Cosme Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski w roli jej towarzysza życia i Krystyna Tkacz jako przyjaciółka domu w pełni wykorzystują dane przez Quiltera możliwości. Janda gra swoją bohaterkę z lekkim dystansem, ale też z wielką czułością. Bawi się jej brakiem gustu i egzaltacją, gdy potężna i wiekowa wychodzi na scenę w stroju pasterki, albo gdy Bizetowska Carmen w jej wykonaniu bardziej przypomina (również wokalnie) byka niż ponętną Cygankę. Z radością psotliwego dziecka wyśpiewuje każdą fałszywą nutę, po czym z szelmowskim uśmiechem wdzięczy się do widowni i doprasza braw. Rola Madame Jenkins to dla niej także zabawa z własnym wizerunkiem artystki uwielbianej przez widzów, ale nie zawsze docenianej przez krytykę. No i osoby, która, tak jak Madame, wbrew przeciwnościom dopięła swego. Gra ją przecież na własnej scenie.»

"Boska Janda"
A.K. [Aneta Kyzioł]
Polityka nr 20/19.05
16-05-2007

 

Boska okropna Janda

Joanna Derkaczew
2007-05-01

Grając "najgorszą śpiewaczkę świata", Krystyna Janda puszcza oko do krytyków przepowiadających jej klęskę finansową i artystyczną.

Krystyna Janda przebija wszystkie aktorki, które mogłyby zagrać dziwaczną diwę.

Od podniesienia kurtyny z każdą chwilą jest gorzej. Scenografia kiczowata, jak w prowincjonalnej grajbudzie, gra aktorska na granicy skandalu, kreacje o psychodeliczno-bieliźnianych kolorach toną w tiulach, turniurach, dżetach, żorżetach. Ale to drobiazgi. Prawdziwy koszmar ma się dopiero zacząć. Słychać kilka czystych dźwięków fortepianu (w niezłym wykonaniu Macieja Stuhra), a potem pozostają już tylko modły o nagłą utratę słuchu - Florence Foster Jenkins (Krystyna Janda) śpiewa. Enrique Iglesias bez playbacku, tuzin wrzeszczących dzieciaków w zatłoczonym autobusie - nic nie umywa się do popisu "najgorszej śpiewaczki świata".

Madame Jenkins (1868-1944) była operowym Nikodemem Dyzmą lat 30. i 40. Wystarczająco przekonana o swoim talencie i wystarczająco bogata, by go osobiście sponsorować, Florence dawała w Stanach najbardziej niezapomniane recitale swoich czasów. W tych występach ofiarami padały nie tylko nuty, tonacje i tempa. Jenkins dobijała utwory absurdalną interpretacją, antychoreografią i strojami-hybrydami. Korpulentna matrona (prawdziwą "karierę" zaczęła po czterdziestce, dzięki spadkowi po ojcu) nie krępowała się stawać przed widzami w sukienczynie i czepku pastereczki, w girlandach sztucznych kwiatów, w hiszpańskiej kreacji-monstrum, skrzydłach "anioła inspiracji" albo w kostiumie Brunhildy. To, że drobiąc pokracznie po scenie, potykała się nieustannie o falbany i treny, wcale jej nie zrażało. Florence była z siebie dumna - w końcu dawała światu tyle radości. Z tego złudzenia nie wytrącali jej ani widzowie (wprawdzie przez cały wieczór tarzali się ze śmiechu, ale potem wołali o bisy), ani krytycy (zwykle obchodzili się z nią łagodnie jak z lunatyczką), ani najbliżsi: akompaniator Cosme McMoon (Maciej Stuhr), aktor i życiowy partner Clair Bayfield (Wiktor Zborowski), przyjaciółka Dorothy (Krystyna Tkacz).

W "Boskiej" Petera Quiltera na scenie Teatru Polonia śledzimy ją w ostatnich latach życia - od nawiązania współpracy ze swoim dwudziestym akompaniatorem aż do koncertu w Carnegie Hall poprzedzającego o miesiąc jej śmierć. Reżyser potraktował świat Jenkins tak konsekwentnie, że nie pozostawił na scenie ani jednego elementu, który miałby jakąkolwiek wartość artystyczną. Tylko Stuhr - narrator, jedyny świadomy groteskowości sytuacji - pozostanie stonowany w cieniu szalejących "gwiazd". Zborowski po kabotyńsku gra kabotyna, Tkacz w desperackim slalomie od mebla do mebla popiskuje głosikiem pijanej idiotki. Ich luz i kompletny brak uważania na kanony przebija jednak główna bohaterka. Egzaltacja w przygotowaniach do recitali, egzaltacja w życiu domowym, egzaltacja w studiu nagrań - wszystko to wydaje się tak niewiarygodnie szalone, niesmaczne, pozbawione hamulców złego smaku, że w końcu zaczyna fascynować. A co ważniejsze - bawić. W pewnym momencie nawet najwięksi obrońcy zasad muszą zarechotać w rękaw pod wpływem tej z życia wziętej farsy.

Wybierając jedną z trzech sztuk napisanych o Florence, Janda przebija wszystkie aktorki, które kiedykolwiek mogłyby zabrać się do roli dziwacznej diwy. I nie idzie tylko o śpiew, choć aktorka fałszuje fenomenalnie. Aby wykonać tyle rytmicznych i tonalnych błędów, potrzebne jest chyba gruntowne wykształcenie muzyczne.

Ale w końcu artystka nie po raz pierwszy gra śpiewaczkę (ma już za sobą wcielenia Marii Callas czy Marleny Dietrich). Nie chodzi też o efekt sceniczny, jaki wywołuje, zawodząc, drepcąc czy rzucając kwiatami z rozbrajającym uśmiechem dziecka, które właśnie upchnęło do stacji dyskietek całą porcję budyniu. Janda ma przede wszystkim niepowtarzalną pozycję do potraktowania roli autoironicznie. Jenkins zrujnowała się na występ w Carnegie Hall. Janda postawiła swój własny teatr. Jenkins krytyczne głosy traktowała zawsze jako ujadanie ignorantów albo "profesjonalną zazdrość". Janda co chwila puszcza w spektaklu oko do krytyków, którzy jej przepowiadali plajtę finansową i artystyczną. Jenkins spełniła swoje sny o karierze, Janda nadal porywa się na rzeczy niemożliwe.

Katarzyna Kozyra, przygotowując się trzy lata do roli diwy, realizowała projekt "In Art Dreams Come True" ("W sztuce marzenia się spełniają"). "Boska!" także krąży wokół tematu marzeń, ale traktuje go bardziej nonszalancko i optymistycznie. Nie trzeba poddawać się tresurze, reżimowi ćwiczeń, nie trzeba mieć talentu. Wystarczy pragnąć. I spełniać się pomimo krytyki; brać udział w imprezach karaoke, występować w "Idolach", malować impresjonistyczne akwarele, tańczyć, lepić świeczniki. I tu oczywiście pojawia się nieodzowne pytanie - czy bardziej potrzebne nam 6 mld ludzi spełnionych, odstresowanych, zadowolonych z życia, czy raczej świat, który nie będzie jednym wielkim, radosnym kiczem.

Teatr Polonia w Warszawie, "Boska!" Petera Quiltera, reżyseria Andrzej Domalik, scenografia Dorota Kołodyńska, występują: Krystyna Janda, Maciej Stuhr, Wiktor Zborowski, Anna Iberszer, Krystyna Tkacz, Ewa Telega, premiera 27 kwietnia.

Źródło: Gazeta Wyborcza

 

Marzenia spełnione

"Boska!" w reż. Andrzeja Domalika w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Przemek Dziubłowski w Życiu Warszawy.

«Dwa lata po światowej premierze na deskach teatru Polonia możemy oglądać znakomity spektakl Petera Quiltera. Z rewelacyjną Krystyną Jandą w roli "boskiej" Florence Foster Jenkins - najgorszej śpiewaczki na świecie.

Wiara we własny talent i miłość do muzyki doprowadziły ją do legendarnej Carnegie Hall. Wyjąc na scenie jak pies do księżyca, 76-letnia Florence Foster Jenkins wywoływała aplauz. Z jednej strony brawa zbierało dziecko bezkompromisowo realizujące marzenia, z drugiej podstarzała najgorsza śpiewaczka świata, głucha na śmiech, ślepa na krytykę.

Teściowa Carmen

Zanim słuchacz kupił bilet na koncert Florence Foster Jenkins, musiał się spotkać z najbardziej osobliwą diwą w dziejach muzyki osobiście i przejść przez rozmowę kwalifikacyjną. Wszystko po to, by - jak dowiadujemy się ze sztuki Petera Quiltera - wyeliminować ewentualnego wroga. Obserwując owacje na stojąco podczas premiery "Boskiej!", można podejrzewać, że Krystyna Janda postępuje podobnie ze swoją widownią. Można by, gdyby nie była to jej kolejna wielka, zagrana śpiewająco, rola.

Janda może być Callas i może być Florence. Może udawać, że śpiewa, i udawać, że fałszuje, a w obu wcieleniach być boska. Tylko królowa polskiej sceny potrafi w kuriozalnej, kiczowatej hiszpańskiej sukni z czerwoną wiechą na głowie i kastanietami w rękach, skrzecząc Habanerę z "Carmen", wzruszyć, a jednocześnie rozbawić publiczność. Bo jak pozostać obojętnym, gdy przytupując, potykając się o tren sukni i falując biustem, rzuca rozbrajająco ze sceny: "czuję się w tym jak teściowa Carmen".

Spektakl nie ma równego tempa, za to słabsze i bardzo dobre momenty. Te ostatnie zawdzięcza przede wszystkim Jandzie. Początek jest obiecujący - na scenę wtacza się pulchna Florence w łososiowym peniuarze, komplementując słodkimi słówkami nowego, nieświadomego "talentu" przyszłej pracodawczyni akompaniatora Cosme McMoona (Maciej Stuhr). Świetne kostiumy i efektowna scenografia Doroty Kołodyńskiej sprawiają, że duch kiczowatego, nowobogackiego apartamentu na Manhattanie rodem z lat 20., gdzie zamieszkuje najdziwniejsza śpiewaczka świata, sam w sobie już budzi ciekawość. Zwłaszcza że na fortepianie stoją kwiaty od Cola Portera.

W tym kiczu jest metoda

Dramaturgia spektaklu przez długi czas opiera się na wyczekiwaniu momentu, kiedy madame Jenkins zmierzy się z nutami, a tym samym Krystyna Janda zaśpiewa. Gdy wreszcie to następuje, sala wybucha śmiechem. Jak można przypuszczać, to śmiech tej barwy, jaką budziły oryginalne wykonania artystki zwanej Boską.

Kolejne sceny odkrywają jej tajemnicę, pozwalając zrozumieć, jak to się stało, że najgorsza śpiewaczka świata niemal do końca swoich dni wierzyła, że jest jedną z najwybitniejszych. W takiej opinii utwierdzają ją najbliżsi, słyszy to, co chce usłyszeć, gdy prosi Cosme o porównanie swoich osiągnięć z nagraniami Galii Curci, solistki Metropolitan Opera.

Janda w roli Boskiej jest po prostu boska i tak mocno dystansuje innych, że przerysowana rola Krystyny Tkacz (przyjaciółka Dorothy), bezbarwna Ewy Telegi (pani Verindah-Gedge) czy nawet niezła Wiktora Zborowskiego (angielski dżentelmen St. Clair) pozostawiają niedosyt. Za to charyzmatyczną postacią jest służąca Maria (świetna Anna Iberszer), która posługując się wyłącznie językiem hiszpańskim, ma lepszy kontakt z publicznością niż reszta zespołu. Maciej Stuhr stara się dotrzymać kroku Jandzie. Rytm tych kroków jest nierówny, ale dzięki wzruszającemu końcowemu monologowi McMoona możemy mieć nadzieję, że z czasem będzie lepiej.

Brawa należą się także reżyserowi Andrzejowi Domalikowi za zabiegi inscenizacyjne - zwłaszcza scenę dorocznego recitalu dla tak wyjątkowej widowni, jak panie z Klubu Miłośniczek Verdiego, w które zamienia się publiczność, i oglądany od kulis finałowy koncert w Carnegie Hall.

Być albo nie być

Jest coś wzruszającego w tym, że "Boska!" dwa lata po światowej premierze pojawia się na deskach teatru Polonia. Mając świadomość, jak wielkiej determinacji, odwagi i siły wymagało zrealizowanie marzenia o własnym teatrze, widząc Krystynę Jandę i Florence Jenkins w jednej osobie, wychodzimy uskrzydleni ze spektaklu. Bo przez dwie godziny mogliśmy w marzeniach jednej i drugiej po prostu być.»

"Marzenia spełnione"
Przemek Dziubłowski
Życie Warszawy nr 102
02-05-2007

 

 

Takie szczęście

"Szczęśliwe dni" w reż. Piotra Cieplaka w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Monika Tuchalska w Gentlemanie.

«Premiera Teatru Polonia wieńcząca obchody stulecia urodzin Becketta zdążyła już podzielić publiczność na obrońców tradycyjnej i jedynej zalecanej przez autora formy wystawiania jego sztuk oraz tych, którzy przystają na pewne modyfikacje, a nawet odmienną wymowę dramatu. Na takie właśnie, bardziej radosne i optymistyczne odczytanie "Szczęśliwych dni" zdecydował się Piotr Cieplak.

Reżyser dosłownie staruszkę udomowił. Winnie siedzi w opustoszałym pokoju, sądząc z przemieszczających się plam słonecznych, wychodzącym na południowy wschód. Unieruchomiona w fotelu, z nogami przykrytymi grubym pledem, komentuje, a raczej nieustannie opisuje rzeczywistość, co jakiś czas wydając jakieś polecenie swemu małomównemu i mrukliwemu mężowi Willemu. To jedynie pozostało jej z życia - monologowanie i dbanie o estetykę: czesanie włosów, poprawianie gustownego kapelusza, układanie koca. Gdy cały świat mieści się w torbie, jest czas na celebrowanie każdej czynności. A gdy nie ma już torby, koc podsunięty jest pod samą szyję, pozostaje tylko monolog. Słowa narastają i są coraz silniejsze, coraz szybciej wypowiadane, jak w agonii. Teraz do akcji wkroczyć może, zepchnięty na daleki plan Willi. Ostateczny cios zadaje metodą Otella w wersji Orsona Wellesa.»

"Takie szczęście"
Monika Tuchalska
Gentleman nr 4
04-05-2007

 

 

Najgorsza śpiewaczka

- Biorę lekcje śpiewu. Muszę najpierw opanować arie, żeby je przekonująco fałszować - mówiła [Krystyna Janda] podczas prób. - Jestem nią zafascynowana, pewnie dlatego, że sama przez całe życie zawodowe byłam pragmatyczką i realistką. Ona jest z innego świata - opowiada o bohaterce 'Boskiej!' - pisze Violetta Szostak w Gazecie Wyborczej - Wysokich Obcasach.

«A AAAAAA! Ha! Ha! Ha! Ha! Ha! - Florence Foster-Jenkins śpiewa. Śpiewa 'przeraźliwie, niedorzecznie, niewiarygodnie źle' - opisują słuchacze.

- To ignoranci! - uważa lady Florence.

- Brawo! - publiczność szaleje, umiera ze śmiechu. Lady Florence bisuje.

Na jej recital do Carnegie Hall w Nowym Jorku - którą dla siebie wynajmie - przyjdzie kilka tysięcy osób.

Umrze po tym występie. Przejdzie do historii jako najgorsza śpiewaczka świata.

Boska!

Na scenie widzimy napis: To jest prawdziwa historia... Pieśni w tej sztuce powinny być śpiewane na żywo. Aktorka nie musi naśladować głosu pani Jenkins, powinna śpiewać źle, w swoim własnym stylu...

To fragment didaskaliów otwierających sztukę 'Boska!' Petera Quiltera. Autor, usłyszawszy przypadkowo nagranie arii w wykonaniu Florence Foster-Jenkins, nie mógł się uspokoić. - Kim była ta kobieta? Dlaczego ona to robiła? - zastanawiał się. Uwiedziony tym 'triumfem entuzjazmu nad talentem' postanowił o niej napisać.

W warszawskim Teatrze Polonia w roli śpiewaczki wystąpi Krystyna Janda.

- Biorę lekcje śpiewu. Muszę najpierw opanować arie, żeby je przekonująco fałszować - mówiła podczas prób. - Jestem nią zafascynowana, pewnie dlatego, że sama przez całe życie zawodowe byłam pragmatyczką i realistką. Ona jest z innego świata - opowiada o bohaterce 'Boskiej!'.

Po ojca trupie

To prawdziwa historia, chociaż prawdę trudno tu oddzielić od legendy.

O Florence Foster wiadomo, że urodziła się w roku 1868 w Wilkes-Barre w Pensylwanii. Wiadomo, że była jedynaczką i miała bardzo bogatych rodziców, a konkretnie - ojca bankiera. A także to, że papa Foster zdecydowanie odmówił finansowania jej studiów muzycznych.

Bo muzyce oddawała się od lat najmłodszych. Zaczęła od gry na fortepianie. Dla panienki z bogatej rodziny nauka gry była w tamtych czasach obowiązkowa; przed zamążpójściem należało tę umiejętność posiąść.

'Była kimś w rodzaju cudownego dziecka' - twierdzi Gregor Benko, tropiciel jej biografii. A w każdym razie kogoś takiego próbowano z niej uczynić. Zachowały się informacje o recitalu, który dała w Filadelfii jako ośmiolatka. Koncertowała jako mała Miss Foster.

Jej artystyczne ambicje rosły. Skończyła szkołę muzyczną i pobierała lekcje w szkole sztuki dramatycznej. Chciała pojechać do Europy, żeby rozpocząć studia u najlepszych nauczycieli. O tym ojciec już nie chciał słyszeć.

- Nie będziesz występować publicznie! - zakazał 17-letniej córce.

Miała porzucić te fanaberie, wyjść za mąż, urodzić dziedzica fortuny i wieść życie pani bogatego domu.

Może ojciec był despotą, a może miał dobry słuch.

Nie docenił determinacji jedynaczki. Florence uciekła z Wilkes-Barre. Wyszła za mąż za pana Jenkinsa, młodego lekarza, i zamieszkała z nim w Filadelfii, gdzie zamierzała rozwijać swój talent. Ojciec ją wydziedziczył.

O małżeństwie wiadomo, że nie było szczęśliwe. A także, że mąż też był przeciwny jej muzycznym ambicjom. W 1902 roku państwo Jenkins się rozwiedli.

Przez kilka lat zarabiała, ucząc gry na fortepianie - cierpiała biedę.

Jedna z wersji mówi, że to przez wypadek, w którym uszkodziła sobie ramię, musiała porzucić fortepian - i zajęła się śpiewem. Ale jest też wersja, według której marzenie o śpiewie tkwiło w niej od zawsze.

Wiadomo dokładnie, kiedy zaczęła je spełniać.

Miała 40 lat, gdy zmarł ojciec. Niespodziewanie uwzględnił córkę w testamencie. Po śmierci ojca Florence zaczęła brać lekcje śpiewu. W roku 1912 wystąpiła z pierwszym recitalem.

Pierwsza dama opadającej skali

Florence zaczyna śpiewać. Jest to najokropniejszy śpiew, jaki kiedykolwiek można usłyszeć, naprawdę nie do zniesienia... Gdy aria się kończy, twarz Florence aż promienieje z radości.

Uważała, że śpiewa sopranem koloraturowym (najwyższy głos kobiecy, rzadki, urzekający wirtuozerią pasaży, tryli, fiorytur...).

'Pierwsza dama opadającej skali' - powiedział o niej jeden z krytyków. 'Szczyt złego śpiewu. Mount Everest fałszu' - opisuje Peter Quilter w 'Boskiej!'.

Komiczne, dramatyczne, heroiczne zmaganie z głosem, rytmem, melodią, niesłychanie fałszywe niemal w każdej nucie, a przy tym pełne pasji, entuzjazmu, triumfu - można próbować opisywać to, co słychać na nagraniach, które pozostawiła.

- Kiedy zaczynała śpiewać, zapominała o wszystkim. Nic nie mogło jej powstrzymać. Sądziła, że jest wielką artystką - opowiadał Cosme McMoon, jej akompaniator.

Uważała, że śpiewa pięknie. Lubiła włączać nagranie swoje i Galli-Curci (jednej z najświetniejszych sopranitek, solistki Metropolitan Opera). I namawiała znajomych do głosowania, które lepsze.

- Głosowali na Florence, żeby nie sprawić jej przykrości - opowiadał McMoon. - Kiedy jedna z kobiet zagłosowała na Galli, madame Jenkins powiedziała z wyrzutem: 'Jak mogłaś się tak pomylić! Mój głos jest o wiele pełniejszy niż jej'.

Jej popisowym numerem była aria Królowej Nocy z opery 'Czarodziejski flet' - uznawana za najtrudniejszą arię koloraturową (można ją usłyszeć na stronie Wikipedii pod hasłem 'Florence Foster Jenkins').

- Bez wątpienia moja interpretacja jest wybitniejsza - mówiła, porównując się ze sławnymi wtedy primadonnami Friedą Hempel i Luisą Tetrazzini.

- To, co słyszała w swojej głowie, było perfekcyjne - sądził Cosme McMoon.

Znam wszystkie osoby z publiczności

Sala balowa w hotelu Ritz-Carlton, przed recitalem.

St. Claire: - Więc kogo tu mamy?

Dorothy: - Mamy panie ze Stowarzyszenia Amerykańskich Emigrantek, mamy Związek Kobiet Patriotek, Klub Pisarek, Klub Kobiet Stanu Nowy Jork i oczywiście nasz Klub Miłośniczek Verdiego.

Tak przyjaciele Florence opisują w 'Boskiej!' publiczność jej największego dorocznego recitalu, z którym występowała na balu charytatywnym w luksusowym hotelu Ritz-Carlton w Nowym Jorku.

Bogata Florence rzuciła się bowiem w wir życia towarzyskiego i muzycznego, zaangażowała w działalność kilkunastu klubów, stowarzyszeń, związków - i w ramach tego fundowała rozliczne muzyczne przedsięwzięcia. Promowała młodych muzyków. I śpiewała sama.

Krystyna Janda - fot. Robert Jaworski

Krystyna Janda - fot. Robert Jaworski



Krystyna Janda i Wiktor Zborowski - fot. Robert Jaworski

Krystyna Janda i Wiktor Zborowski - fot. Robert Jaworski