LEKCJE STEPOWANIA - Błażej Torański26 kwietnia 2005 Polska prapremiera w Teatrze Powszechnym w Łodzi Terapia na samotność i zagubienie Rozmowa z Krystyną Jandą, reżyserką „Lekcji stepowania”. „Rz”: - Pani tańczy, stepuje? - Nie tańczę. Byłam kiedyś w studiu baletowym przy operetce warszawskiej, ale na szczęście miałam problemy z kręgosłupem i rodzice mnie stamtąd zabrali. Podziwiam aktorki z naszej obsady, które nauczyły się tak dobrze stepować. - Stepowanie w sztuce Richarda Harrisa jest terapią dla samotnych, zagubionych, cierpiących. Jak nauka języka w pani ulubionym filmie „Włoski dla początkujących”. - Dokładnie tak. Stepowanie ma w sobie dumę i siłę, jak flamenco czy taniec góralski. Aby mu sprostać, trzeba się wewnętrznie przełamać, nabrać rytmu, odwagi, nawet bezczelności. Dzięki temu być może zyskuje się pewność siebie. - Przedstawienie trafia celnie w czas, w którym ludzie nie potrafią sprostać wymogom życia. Wielu ich jest. - Jest ich więcej, niż nam się wydaje. W Polsce nie stepowanie jest modne na kryzysy wewnętrzne, ale joga. Jej ośrodki są oblężone. Żona Marka Kondrata, która rok temu otworzyła taki klub w Warszawie mówi, że przychodzą tam - często kierowane przez lekarzy - kobiety przemęczone, z depresją. Tworzą grupę za grupą. Społeczność grupową. Te wizyty są dla nich niezwykle ważne, bo stymulują je wzajemnie. Coś podobnego jest zapisane w sztuce Harrisa. - „Lekcje stepowania” zapowiada się jako komedię. Ale czy nie jest to aby dramat liryczny, obyczajowy? - Raczej komedia psychologiczna, w której będzie więcej refleksji, mniej śmiechu. Tak to starałam się reżyserować. Wycieniowywałam wszystkie żarty, które wydawało mi się przeszkadzałyby w opowiedzeniu skomplikowanej, często wzruszającej, akcji i ciągnęły ją w stronę taniej komedii. W tych historiach jest wiele drobiazgów ułożonych polifonicznie. - Polifonia wynika stąd, że zobaczymy bohatera zbiorowego? - Te kobiety osiągają sukces w grupie i - co więcej - uświadamiają sobie, że tylko przez rezygnację z egoizmu, dzięki kompromisom, mogą dojść do sukcesu. W jednej ze scen niektóre z nich zwierza się, że chciałaby zatańczyć solo. Instruktorka odpowiada, że niestety umiejętności żadnej z nich nie przyniosą sukcesu, ale w grupie może im się to udać. Od tego też zależy powodzenie naszego spektaklu. Ale także od odpowiedzi na pytanie: czy aktorkom uda się głęboko, wrażliwie, poruszająco opowiedzieć o kondycji człowieka. Każda bohaterka ma jakieś problemy: jedną bije mąż, druga choruje na raka. Większość z nich wykorzystują partnerzy. Myślę, że w tych postaciach odnajdzie się co najmniej połowa widowni. Rozmawiał: Błażej Torański |