Źródło: „Teatr” Nr 8(815), Sierpień 1984 , Rok XXXIX. Z życia glist Enquista w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Krystyna Janda (Johanne Luise Heiberg), Zbigniew Zapasiewicz (Hans Ch. Andersen). Fot. Renata Pajchel (tył okładki)
Rita to zresztą nie jedyna rola Jandy w tym sezonie teatralnym. Dyrektor Hubner, posiadając wiele wspaniałych aktorek w swym zespole, zaprosił ją do siebie na gościnne występy. Nazwisko Jandy przyciąga publiczność, to jasne, ale nie była to na pewno jedyna przyczyna powierzenia jej roli pani Heiberg. Myślę, że prawdziwy powód można znaleźć w sztuce Z życia glist Olova Enquista tak jak interpretuje ją Hubner reżyser.
Pozornie tylko jest to sztuka biograficzna o trójce wybitnych artystów duńskich połowy dziewiętnastego wieku – poecie bajkopisarzu Andersenie, Johannie Luizie Heiberg, najwybitniejszej aktorce, nazywanej legendą duńskiego teatru i muzą epoki i Johanie Ludwiku Heibergu, wieloletnim dyrektorze Teatru Królewskiego w Kopenhadze, krytyku teatralnym, autorze wodewilu Elverhi, narodowej sztuki Duńczyków porównywalnej znaczeniem z naszym Weselem Wyspiańskiego.
Enquist spojrzał na swoich bohaterów uwikłanych w problemy swego czasu i siebie nawzajem z dzisiejszej perspektywy. Posługując się materiałami z epoki – pamiętnikami aktorki, pismami, twórczością jej męża, autobiografią i pisarstwem Andersena ułożył obraz ich życia tyleż prawdopodobny co intrygujący, bo daleko wychodzący poza biograficzną opowieść. Bajkopisarza i aktorkę nazywa „roślinami bagiennymi” z powodu ich zakorzenienia w nizinach społecznych, z których pochodzili i z których się wydobyli, swoim talentem i uporem uzyskując każde w swojej dziedzinie sławę, uznanie a w życiu zmianę kondycji społecznej. O swym zakorzenieniu w bagnie i nędzy życia nie zapomnieli, jak zdaje się mówić Enquist, doświadczenia dzieciństwa były siłą napędową ich karier, nieprzekazywalnym bogactwem, a jednocześnie garbem, który dźwigali całe życie, źródłem ich powikłanych losów osobistych. Tylko trzeci z bohaterów Johan Heiberg jest postacią pozbawioną tych wstydliwych korzeni, od pokoleń arystokrata urodzenia i ducha, człowiek wyrokujący w sprawach literatury, teatru i kanonów dobrego smaku, jak przystało na wojującego klasyka.
Otóż życie pani Heiberg, która poświęciła starszemu o 23 lata mężowi, sztuce, budowaniu swojej legendy i mitu naznaczone było piętnem cierpienia, które dziś wydaje się niezupełnie uzasadnione. Konwenans, kanony społeczne, żelazne reguły obyczaju panujące w sferze ludzi dobrze urodzonych (charakterystyczne, kiedy wszyscy mieszkańcy Kopenhagi witali wielkiego rzeźbiarza Thorvaldsena powracającego po 40 latach z Włoch do ojczyzny, pani Heiberg manifestacyjnie pozostała w domu, aby odciąć się od „ciekawości i wszędobylstwa”, pospólstwa, z podobnych przyczyn nie bywała w Tivoli) zniszczyły jej normalne życie, a szczęście i radość przemieniły w nienawiść do ludzi. Enquist wyraźnie podkreśla nienormalność jej małżeństwa z Heibergiem akcentując w swej sztuce mocno, plotki o kazirodczym charakterze tego związku.
Przedstawienie Hubnera w Powszechnym staje się opowieścią o życiu skażonym nienormalnością, życiu ujętym w martwy kodeks praw i obowiązków, które staje się powolnym umieraniem. Jest nie tyle opowieścią o cenie awansu społecznego, o tym także, lecz przede wszystkim o związku życia ze sztuka, o zabrudzeniu sztuki życiem, także o tym jak bardzo prawdziwa sztuka wyrasta z cierpienia i buntu i jak bardzo ważne jest, by artysta był wrażliwy na ból. Hubner w swoim przedstawieniu wyraźnie akcentuje nienormalność i patologię bohaterów począwszy od scenerii, w jakiej ich umieszcza. Jest to właściwie realistyczny pokój z oświetlonym lampą biurkiem, fortepianem, portretem Joanny na ścianie, tylko pokazany w monumentalizowanych wymiarach ścian i skrzywionej perspektywie. Zimna szaroniebieska tonacja tego wnętrza potęguje wrażenie niepokoju spowodowane zaburzeniem perspektywy; w tym niesamowitym wnętrzu uwięzieni bohaterowie. Johan Heiberg Franciszka Pieczki demonstruje wyniosłość arystokraty i lodowatość umysłu, pochłonięty jest rozważaniami o własnej śmierci, którym najlepiej sprzyja kontemplowanie gwiazd. Ten wielki mężczyzna, oddalony od żywych swoim chłodem zdaje się pozbawiony wszelkich uczuć.
Andersen w wykonaniu Zbigniewa Zapasiewicza to przejmujące studium natury jawnie patologicznej, portret człowieka obdarzonego chorobliwą potrzebą akceptacji, uznania, które miałoby kompensować kompleksy parweniusza, niespełniony erotyzm i porażki pisarza aspirującego do statusu nadwornego dramaturga. Zapasiewicz jest wspaniale ucharakteryzowany. Tłuste, sterczące, zaczesane „na jeża” włosy, przyciasne ubranie pomagają mu tworzyć typ abnegata. Aktor niemal z lubością podkreśla odpychającą, niemal obleśną zewnętrzność swego bohatera, wykrzywia palce, wymachuje nimi, gryzie je, chowa ręce jakby nie wiedział co z nimi zrobić, pokazuje bezwstydnie zęby, mlaska, sapie, słowem używa wszystkich drastycznych środków, aby pokazać patologie Andersena. A przy tym zachowuje pewien ton liryczny właściwy naiwnej naturze geniusza, który sprawia, że odpychający mężczyzna urzeka niezwykłą wrażliwością, czułością, tzw. piękną, szlachetną duszą. Kontrast między nieatrakcyjną zewnętrznością a wewnętrznym głęboko poetyckim wizerunkiem Andersena, Zapasiewicz wydobywa po mistrzowsku na wiele sposobów, stopniowo eliminuje w trakcie akcji zewnętrzne znaki neurastenii i kończy spektakl podkreślając częściej stany wewnętrznej harmonii Andersena uzyskanej za cenę eskapizmu.
Przykładem patologii par excellence jest postać Łysej – matki pani Heiberg? Symbolu jej przyszłości? Podświadomości? Martwej duszy? – którą gra Wiesława Mazurkiewicz w sposób wyrazisty. Mimo że poza kilkoma nieartykułowanymi dźwiękami jest to rola niema a przez uwięzienie w wózku kaleki właściwie statyczna. Aktorka może budować swoja postać niewielkimi gestami, poruszeniem głowy, rąk, a mimo to udaje jej się stworzyć postać konkretną i umowną jednocześnie, strzep żywej istoty i symbol pewnych pojęć.
Dlaczego do roli Joanny Heiberg potrzebna była Hubnerowi Krystyna Janda? Ponieważ, myślę, chciał mieć na scenie kobietę atrakcyjną ale oprócz tego aktorkę, która potrafi przekazać wielkie emocje. A Janda w wielu innych rolach potrafiła pokazać swoją zdecydowaną, bardzo określoną osobowość, gwałtowny temperament sceniczny, energię i aktywność, w które wyposażała swoje bohaterki. W tej roli jej żywiołowość ujęta jest w ramy bardzo określonej estetyki, posługującej się kostiumem epoki, który oznacza także zespół określonych historycznie zachowań. Nie przestaje przez to być mniej wyrazista. Życie pani Heiberg ujęte w gorset manier, powinności osoby decydującej o kształcie życia artystycznego Kopenhagi było jednocześnie życiem osoby nieszczęśliwej, cierpiącej i targanej wielkimi emocjami, które musiały od czasu do czasu te, narzucone sobie formy, burzyć. Janda bardzo wyraźnie potrafi te wybuchy prawdziwego życia swojej bohaterki pokazać. Potrafi zagrać osobę bardzo silną, zdecydowaną, stanowczą, która włada drażniącym ją otoczeniem, ale która jednocześnie pozostaje wrażliwa na czyjeś cierpienie, ból czy rozpacz, czyli potrafi zagrać bardzo różne stany emocjonalne. Nie jest to rola bez usterek, ale też jest to zadanie o wiele bardziej skomplikowane psychologicznie i formalnie od roli Rity. Ogląda się Jandę we wspaniałym kostiumie przez blisko trzy godziny z zainteresowaniem, ponieważ posiada niewątpliwie silną sceniczną osobowość, zdolną udźwignąć i przekazać ciężar innej wyjątkowej osobowości, jaką była prawdziwa Johanna Heiberg, córka żydowskiej handlarki i przez długie lata pierwsza dama duńskiej kultury.
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------